W ostatnich dniach procesu płakali na sali sądowej. Patrzyli na Claire, błagając o litość, twierdząc, że „krew jest gęstsza niż woda”, próbując wykorzystać więzi rodzinne, które sami wykorzystali, by uciec przed sprawiedliwością.
Claire po prostu złożyła list, podeszła do kosza na śmieci na ganku i bez namysłu wrzuciła go do środka. Nie czuła ani krzty straty. Czuła się absolutnie niezwyciężona.
Kiedy Claire zeszła z ganku, by dołączyć do córki w ciepłym słońcu, uśmiechnęła się, patrząc na swój piękny, cichy dom.
Przez trzydzieści lat jej rodzina myliła jej cichą, uległą naturę ze słabością. Uważali, że jej milczenie świadczy o głupocie. Wierzyli, że skoro nie krzyczy, nie potrafi walczyć.
Nie zdawali sobie sprawy, że nie milczała dlatego, że się bała. Milczała, ponieważ starannie, skrupulatnie odliczała dni, zbierała kamienie i budowała dokładnie taki grobowiec, jakiego potrzebowała, by pochować ich wszystkich.
A kiedy Lily podbiegła, obejmując matkę w talii mokrymi ramionami w mocnym, radosnym uścisku, Claire zrozumiała, że nie tylko przeżyła pożar. Spaliła potwory doszczętnie i z ich popiołów zbudowała królestwo, w którym panował absolutny pokój.