„Z kim?” – zapytałam.
Spotkał się ze mną wzrokiem.
„Kobietą, która wie, jak przenosić dzieci, nie doprowadzając do ich rozkładu”.
Wybrał numer z pamięci. Czekał. Mówił niewiele.
„Jestem Teresa Lozano. Tak. Potrzebuję Lucii Robles. Powiedz jej, że to przez zmianę w łóżeczku, która już pachnie mlekiem.
Mariela zemdlała przy ostatnim słowie.
„Nie” – powiedział. „Nie, nie, tylko nie to”. Nie ja…
Teresa wpatrywała się w niego.
„Nie wiesz, w co się wpakowałaś, dziewczyno. I właśnie dlatego będziesz siedzieć cicho, dopóki nie pojawi się ktoś, kto ma więcej rozumu niż poczucia winy”.
Rozłączył się.
Drugie dziecko w końcu zaczęło płakać – piskliwym, głodnym, żywym płaczem. Moje ciało zareagowało przed umysłem.
Zaśmiałam się. Poszłam po butelkę, podczas gdy niania sprawdzała pieluchy, a ciocia Teresa przygotowywała pokój. Mariela obserwowała wszystko z rozbitego, bezużytecznego krzesła.
Nie zdałam sobie sprawy z godziny, dopóki nie rozległo się kolejne pukanie do drzwi.
Była 2:15 w nocy.
Tym razem nikt nie pukał jako właściciel.
Klucze zazgrzytały mocno.
Teresa otworzyła drzwi.
Weszła ciemnowłosa kobieta, z włosami związanymi z tyłu, w ciemnej kurtce, z oczami tak szeroko otwartymi, że zdawały się nie potrzebować snu. Za nią szła kolejna osoba z teczką.
„Lucía Robles” – powiedział. „Prokuratura Specjalna”.
Serce mi zabiło mocniej.
„Nie ufam prokuraturze” – warknęłam natychmiast.