„No i jak?”
„Jakby była twoja”.
Zacisnęłam zęby.
„Cóż, ktoś musi z nią miło porozmawiać, nie sądzisz?”
Zakryła twarz. Niania, nie odrywając wzroku od drogi, powiedziała to, na co ja jeszcze nie miałam siły:
„Bądź wdzięczna, że cię wsadzili do samochodu”.
Miasto stawało się mniej jasne, bardziej poszarpane, bardziej realne, im dalej odjeżdżałyśmy. W końcu dotarłyśmy do cioci Teresy po północy. Czarne kraty. Stara fasada. Bujne bugenwille. Kołysanka zagrała trzy krótkie takty i jeden długi, jakby wciąż używała kodu z innego stulecia.
Ciocia otworzyła drzwi w szlafroku, trzymając w dłoni małą maczetę.
Nie pytał dlaczego.
Najpierw zobaczyła dwójkę dzieci.
Potem moją twarz.
Potem Marielę.
Potem nosidełko.
I powiedział sobie:
—Metanse.
Kiedy już byliśmy w środku, tuląc się do siebie, z parującą kawą, mimo że była północ, opowiedziałem jej wszystko.
Nie każdą łzę.
Nie każdą winę.
Nie każdy szczegół z przeszłości.
Tylko to, co konieczne: rozmowa, pielęgniarka, wiadomości, Arturo, dziewczyna z 317-B.
Teresa słuchała bez przerwy, głaszcząc palcem brzeg filiżanki. Kiedy skończyłam, wstała, podeszła do starej szuflady w komodzie i wyjęła jeden z tych prostych telefonów z małymi kluczykami.
„Porozmawiamy o tym” – powiedział.