„I słyszałaś to”.
„Zwariowałam, Valeria. Właśnie urodziłam. Bałam się. Fernando nie rozmawiał ze mną dobrze, odkąd dowiedział się, że jestem dziewczynką. Moja teściowa ciągle powtarzała mi, że jeśli chcę zostać w tym domu, muszę myśleć o przyszłości. Nie myślałam trzeźwo. Widziałam tylko tę małą rączkę i czułam, jakby życie się na mnie waliło”.
Nienawidziłam jej za to, co powiedziała. Jakby deformacja noworodka usprawiedliwiała zbrodnię. Jakby strach zmniejszał jej poczucie winy. A jednak pod maską obrzydzenia dostrzegłam też najohydniejszą prawdę: Mariela nie wydawała się być mózgiem tego wszystkiego. Wyglądała na kobietę manipulowaną do tego stopnia, że aż się rozchorowała, na tyle tchórzliwą, by się podporządkować, zbyt naiwną, by pojąć rozmiar sieci, którą właśnie na nich wszystkich zastawiła.
Arturo odezwał się ponownie z drugiej strony, tym razem z jeszcze większym spokojem.
„Valeria, otwórz. Albo wyważę drzwi”.
Niania ściskała różaniec tak mocno, że myślałam, że go zniszczy.
„Proszę pani” – mruknął. „Dżentelmen nigdy tak nie mówi”.
Nie odpowiedziałam. Już wiedziałam.
Znów spojrzałam na telefon Marieli. Czarny. Cichy. Ale wciąż widziałam te słowa, jakby były wyryte w ścianie.
Ten z 317-B nie może zostać z tobą.
Żadnego „nie powinienem”.
Żadnego „niepraktyczny”.
Nie „mieszaj”.
Nie może z tobą zostać.
Jakby ktoś dokładnie wiedział, do którego łóżeczka należy to dziecko.
Jakby się go spodziewali.