Mariela znów zaczęła płakać, cicho.
„Dokąd idziemy?” „Wymamrotał.
Pomyślałam szybko. Policja, nie. Szpital, mniej prawdopodobne. Dom mojej matki, niemożliwe: Arturo by się dowiedział. Hotel, ryzykowny i łatwy do namierzenia. Potem przypomniałam sobie kogoś, kogo Arturo zawsze uważał za bezużytecznego, właśnie dlatego, że nigdy nie rozumiał jej wartości.
Teresa.
Moja ciotka Teresa. Starsza siostra mojej matki. Emerytowana położna. Opryskliwa, nieufna i naturalna wrogość mężczyzn, którzy myślą, że wszystko kontrolują. Mieszkała czterdzieści minut drogi stąd, w starej dzielnicy, gdzie nikt od nikogo nie wymagał zbyt wiele i gdzie Arturo nigdy nie postawił nogi, poza tym, by z wyższością pomachać do samochodu.
„Z moją ciocią” – powiedziałam.
Niania natychmiast skinęła głową.
„Ja prowadzę”.
Spojrzałam na nią.
„Nie. Jeśli zobaczy, że później wysiadasz sama z samochodu, będzie wiedział”.
„Powiedz mu, czego chce”. Potrzebujesz wolnych rąk.
To też była prawda.
Pobiegliśmy skuleni do małego garażu z boku, tego, którego prawie nigdy nie używaliśmy. Ciężarówka niani, stara i bez urządzenia namierzającego, bo Arturo dokuczał jej, że „przejechała tę relikwię”, nagle stała się najcenniejszą rzeczą na świecie.
Wsiedliśmy do środka, jak tylko mogliśmy. Ja z tyłu z dwójką niemowląt. Mariela z przodu, drżąca. Niania prowadziła, nie zapalając światła, aż dotarliśmy do końca alejki.
Właśnie gdy skręcaliśmy, usłyszałem ostatnie pukanie do drzwi wejściowych.
Arturo wszedł.
Nie oddychałem, dopóki nie opuściliśmy kolonii.
Nikt się nie odzywał przez kilka minut. Słyszałem tylko warkot silników, krótkie szlochy Marieli i odgłos moich palców, nieustannie sprawdzających, czy oboje niemowląt jeszcze oddycha.
Moja córka spała przytulona do mojej piersi, z tą śmiałą, ufną pozycją noworodka w ciele, które je podtrzymuje. Druga zaczęła się trochę wiercić. Dotknąłem Dotknęłam jej policzka palcem.
„Nie martw się, mała” – mruknęłam.
Mariela płakała jeszcze głośniej.
„Nie mów do niej w ten sposób”.
Spojrzałam na nią chłodno.