Mariela wydała z siebie stłumiony jęk.
„On wie” – wyszeptała. „Boże, on wie”.
Odwróciłam się do niej z taką złością, że przez chwilę myślałam, że naprawdę przeskoczę przez pokój i ją uderzę.
„Zacznij mówić”.
„Nie wiem wszystkiego, przysięgam. Myślałam, że to tylko moja córka. Myślałam… że uda mi się to naprawić, zanim się zorientują”.
Kolejny przekręt klucza.
Drzwi zadrżały.
Moja córka poruszyła się, przyciskając mnie do piersi, nieswojo czując ton głosów, napięcie, jakie noworodek zdawał się wyczuwać w powietrzu. Pocałowałam jej główkę i poczułam strach niczym metal na języku.
„Kto ci kazał mi to przynieść?” – zapytałam.
Mariela spojrzała na mnie załamanymi oczami.
„Nikt mi tego nie powiedział. Moja teściowa zaczęła mi wmawiać te myśli, odkąd odkryła tę rączkę. Że taka dziewczyna mnie zniszczy. Że Fernando nie zostanie. Że ważne rodziny nie noszą w sobie wad, skoro można ich uniknąć. Że w szpitalu są kobiety ze zdrowymi dziećmi, że czasami Bóg daje ci okropne okazje, żeby sprawdzić, czy umiesz sobie z nimi poradzić”.
Poczułam mdłości.