Julian stał tam, trzymając kwiaty w jednej ręce, a dłoń mojej córki w drugiej… i przez ułamek sekundy nie miałam już pięćdziesięciu ośmiu lat.
Znów miałam siedemnaście.
Stałam w delikatnym blasku świateł sali gimnastycznej.
Patrzyłam, jak Leo uśmiecha się do mnie, jakbym była całym jego światem.
„Mamo?” Głos Lili przyciągnął mnie z powrotem. „Wszystko w porządku?”
Spuściłam wzrok. Puree ziemniaczane wylądowało na moim bucie.
„No cóż” – powiedziałam, wymuszając uśmiech – „chyba kolacja chciała się najpierw przedstawić”.
Lila roześmiała się – zbyt szybko.
Julian wcale się nie roześmiał.
Po prostu spojrzał na mnie… tymi samymi ciemnymi, zamyślonymi oczami.
Oczami Leo.
Tylko dla przykładu
Przez większość życia nosiłam w sobie cichą stratę – taką, która nigdy tak naprawdę nie znika.
Uczysz się z nią żyć.
Żyć z nią.
Wychowywać dziecko z nią.