Odeszli, mamrocząc pod nosem o naszej niewdzięczności i histerii.
Tygodnie później wpatrywałam się w pusty pokój dziecięcy, niczym duch w moim własnym domu. Łóżeczko wciąż było w pudełku. Żółta farba na ścianach kpiła ze mnie swoją wesołością.
Rodzina wciąż dzwoniła. Poczta głosowa piętrzyła się. „Sarah, odbierz. Musimy porozmawiać o Bożym Narodzeniu”. „Sarah, nie bądź taka. Rozbijasz rodzinę”. „To był wypadek, Sarah. Wybacz i zapomnij”.
Michael obserwował mnie z progu. Spędził ostatni miesiąc w swoim biurze, pracując do późna, dzwoniąc i spotykając się z ludźmi, których nie znałam. Jego żal przerodził się w coś ostrego i niebezpiecznego.
Podszedł i usiadł obok mnie na podłodze.
„Saro” – powiedział cicho. „Chcesz, żeby zapłacili?”
Spojrzałam na małego konika na biegunach stojącego w kącie, tego, którego kupiłam w dniu, w którym dowiedziałam się o ciąży. Wyobraziłam sobie moje dziecko na nim jadące. Wyobraziłam sobie śmiech, który nigdy nie wypełni tego pokoju.
Spojrzałam na Michaela.
„Chcę, żeby cierpieli” – wyszeptałam drżącym głosem. „Chcę, żeby stracili wszystko. Chcę, żeby czuli się tak samo puści jak ja”.
Michael skinął głową. Pocałował mnie w czoło. Potem wstał i podniósł słuchawkę.
„Czas” – powiedział do słuchawki. „Spalmy to wszystko”.