Dwadzieścia minut później zadzwonił do drzwi, ubrany w bluzę i spodnie dresowe, w pośpiechu włożonych butach i z twarzą mężczyzny gotowego wyważyć drzwi, zanim jeszcze zorientuje się, które.
Podałam mu kopertę.
Przeczytał ją w milczeniu.
Sfałszowany podpis.
Przelewy bankowe.
E-maile.
Polisa ubezpieczeniowa.
Raport z historii nieruchomości.
W końcu jego gniew był tak zimny, że zdawał się zmieniać temperaturę w mieszkaniu.
„Zabiję go” – powiedział spokojnie.
„Nie”.
„Sfałszował twój podpis”.
„Wiem”.
„Zajrzał do ubezpieczenia na życie na twoje nazwisko, jakbyś była samochodem, który ubezpieczają, zanim go spalą”.
„Wiem”.
Julien zwrócił się do Monique.
„A ty, przyszłaś mu pomóc ukraść dowody?”
Monique podskoczyła.
„Nie wiedziałam, co zrobił”.
„Wiedziałaś wystarczająco dużo, żeby wejść do jej pokoju, kiedy spała”.
To zdanie uderzyło ją mocno, bo była naga.
To prawda.
Otworzyła usta, a potem je zamknęła.
Julien spojrzał na mnie.
„Wychodzisz. Dziś wieczorem”.
Odwróciłam głowę w stronę pokoju Camille.
„Wiem”.
Ostatnie kilka godzin przed świtem stało się dziwną wędrówką.
Spakowałam walizkę dla siebie.
Jedną dla Camille.
Torbę na dokumenty, komputer, dyski twarde, papiery do mieszkania.
Obudziłam delikatnie córkę, mówiąc jej, że idziemy spać u wujka Juliena, jakby to była mała przygoda.
Dzieci mają czasem tę niesamowitą zdolność akceptowania pilności sytuacji, jeśli tylko owinie się ją spokojnym głosem i ciepłym swetrem.
Camille zamrugała, przytuliła swojego królika i zapytała, czy może wziąć świecące w ciemności gwiazdki przyklejone nad jej łóżkiem.
O mało nie rozpłakałam się.