W wewnętrznej kieszeni notesu znajdował się malutki mosiężny kluczyk, nie większy od mojego kciuka.
P
Kiedy pokazałam to Maître Besson, uśmiechnęła się po raz pierwszy.
„Rodziny to prawdziwe małe muzea nierozwiązanych dramatów”.
Dwa dni później wróciłam do mieszkania z nią, Julienem, znanym mu ślusarzem, i Monique.
To ja poprosiłam Monique, żeby przyszła.
Nie z sympatii.
Z konieczności.
Cokolwiek miało zostać znalezione, musiało mieć świadków.
W mieszkaniu unosił się zapach zaduchu, lekkiego kurzu i pustki.
Adriena nie było.
Maître Besson uzyskał tymczasowe, nadzorowane pozwolenie na wstęp, co w szeptanym języku prawników oznaczało: nawet nie próbuj się zbliżać.
Zostaliśmy w kuchni.
Patrzyłam na tylną ścianę, za półkami nowoczesnej spiżarni.
Przypomniałam sobie, jak pomagałam je malować po śmierci ojca.
Przypomniałam sobie, jak Adrien narzekał na usterkę w ścianie.
Wtedy to była tylko niedoskonałość starego budynku.
Teraz, przyglądając się bliżej, dostrzegłem prawie niewidoczną linię za dolną półką.
Ślusarz przykucnął.
Przesunął palcami po malowanym drewnie.
„Coś tam jest”.
Nikt się nie odezwał.
Mały kluczyk nie pasował do żadnego widocznego zamka.
Ale kiedy dolna półka została zdjęta, ukazała się wąska metalowa płytka, ukryta w spoinie ściennej.
Pośrodku znajdował się maleńki otwór.
Klucz wsunął się idealnie.
Rozległ się głuchy trzask.
Panel odsunął się o centymetr.
Julien go otworzył.
Za nim znajdowała się płytka wnęka, długa na około dwa metry i wysoka na mniej niż metr, niewidoczna z zewnątrz.
Niewystarczająco duża, by ukryć ciało.