Z każdym przesłuchaniem, każdym nowym dowodem mgła otaczająca moje małżeństwo rozwiewała się.
Przestałam się zastanawiać, kiedy Adrien się zmienił.
Zrozumiałam, że niektórzy ludzie nie zmieniają się tak bardzo, jak w końcu ujawniają swoje prawdziwe ja.
Znaki były.
Drobne kłamstewka.
Wygodna, praktyczna bezradność.
Sposób, w jaki przekształcał swoje błędy w sytuacje kryzysowe, które inni musieli znosić.
Sposób, w jaki traktował konsekwencje jak przemijające burze, byle tylko móc schronić się pod czyimś dachem.
Kilka miesięcy później znowu go widziałam w sądzie.
Starał się.
Granatowy garnitur.
Jasna koszula.
Krótka fryzura.
Poszarzała twarz.
Mężczyźni tacy jak on zawsze starają się wyglądać schludnie do ostatniej chwili.
Spojrzał na mnie, jakby szukał dawnej Lucie.
Tej, która wciąż przekładała swój smutek na obowiązek.
Tej kobiety już nie było.
Siedziałam obok Maître Bessona, wyprostowana, w szarym garniturze, z prostymi kolczykami w uszach, z rękami spokojnie spoczywającymi na kolanach.
Po drugiej stronie sali była Monique.
Nie spodziewałam się tego.
Siedziała sama, z torbą na kolanach, z twarzą pozbawioną wyrazu.
Kiedy Adrien spróbował spojrzeć jej w oczy, odwróciła wzrok.
Drobny gest.
Miażdżący upadek.
Gdy wychodziliśmy z sądu, zawołał moje imię.
Prawie szłam dalej.
A potem się zatrzymałam.