Zdjęcia.
Listy z przypomnieniem.
Wnioski o pożyczkę.
Wszystko, co dowodziło, że Adrien okłamywał mnie znacznie dłużej, niż myślałam.
Trzymałam to wszystko w dużej brązowej kopercie, na dnie szuflady nocnego stolika.
To nie był sejf.
To nie była jakaś błyszcząca kryjówka godna kryminału.
Ale to było ostatnie miejsce, w którym Monique by zajrzała, gdyby naprawdę wierzyła, że śpię.
Tego wieczoru zjedliśmy kolację u niej w Boulogne-Billancourt, w jej nieskazitelnym mieszkaniu, gdzie nic nie było nie na miejscu, poza wymówkami.
Stół był zastawiony białymi talerzami, serwetkami złożonymi jak w restauracji i blanquette, którą nazywała „prawdziwą francuską kuchnią”, zawsze patrząc na mnie trochę za długo, jakby mój niedzielny gratin z cukinii symbolizował upadek cywilizacji.
Monique przez cały posiłek prawie nie spuszczała mnie z oczu.
„Jesteś taka cicha, Lucie”.
„Schudłaś, prawda?”
„Nie nosisz już obrączki?”
„Znowu zmieniłaś hasło do telefonu?”
Adrien często odpowiadał za mnie.
Za szybko.
Za nerwowo.
„Jest zmęczona, mamo”.
„Praca ją stresuje”.
„Ostatnio ma jakieś wyobrażenia”.
Uśmiechałam się, kiedy musiałam.
Nic więcej.
Później, kiedy wróciłam do Saint-Ouen, położyłam Camille do łóżka, założyłam koszulę nocną, zostawiłam włączoną lampkę i wślizgnęłam się do łóżka, nie zamykając całkowicie drzwi sypialni.
Bo wcześniej tego popołudnia słyszałam, jak Adrien szepcze do swojej mamy w naszej kuchni.
„Klucze są w szufladzie Lucie” – powiedział jej. „Weź je dziś wieczorem. Zajmę się tym jutro”.
Rzuć okiem na to, co jest w szafie w przedpokoju, a ta historia dobiegnie końca.
Nie mówili o zapasowych kluczach.
Mówili o dowodach.