Bo była leniwa.
Stare przekonanie, że pieniądze dają kontrolę. Że jeśli zatrujesz wystarczająco dużo kont, wystarczająco dużo umów, wystarczająco dużo dźwigni, druga osoba w końcu wróci, by wynegocjować swoją linę ratunkową.
„Wkrótce się przekonasz” – powiedziałem.
I się rozłączyłem.
W ciągu następnych dni zrobiłem trzy rzeczy, które przypominały celowe spalenie mojego dawnego życia.
Zgłosiłem podejrzane transakcje do banku.
Złożyłem skargę o fałszerstwo, użycie sfałszowanych dokumentów, oszustwo i nadużycie zaufania.
Zadzwoniłem też do prawnika, którego poleciła siostra Marianne, Maître Claire Besson, specjalizującego się w nadużyciach ekonomicznych i sporach spadkowych.
Jej głos w słuchawce był łagodny.
Ale pod spodem kryła się stal.
Zadawała mi konkretne pytania.
Żadnych wielkich przemówień.
Żadnego fałszywego współczucia.
Pod koniec rozmowy zrozumiałem dwie rzeczy.
Widziała gorsze rzeczy.
A Adrien wybrał niewłaściwą kobietę, by zakopać ją pod górą papierów.
Następnego dnia spotkałem Maître Bessona.
Elegancka kobieta po czterdziestce, z ciemnymi włosami związanymi z tyłu, o spokojnym spojrzeniu, które sprawiało wrażenie, jakby każde kłamstwo było już w odpowiedniej sprawie.
Przeczytała moje zeznania, nie przerywając mi.
Od czasu do czasu robiła notatki.
Kiedy doszła do wniosku o odszkodowanie z ubezpieczenia na życie, uniosła brwi.
„Jest bardzo brzydki” – powiedziała.
„Nie jest najbrzydszy”.
„Podejrzewałem to”.