Żołądek podszedł mi do gardła. „Wypuść mnie” – wyszeptałam, przyciskając twarz do lodowatego metalu. „Proszę, Derek. Dzieci…”
„Ubezpieczenie na życie pokrywa potrójną kwotę odszkodowania za nieszczęśliwy wypadek przy pracy” – przerwał mi tonem tak swobodnym, jakby omawiał pogodę. „I nikt nie wie, że tu jesteś. Zostawiłaś telefon w schowku. Pamiętasz?”
Poczułam, jak lekko uginają mi się kolana. Późny telefon z prośbą o przyniesienie mu akt na pilną inwentaryzację w Bennett Pharmaceuticals. Jego sugestia, żebym ubrała się w coś „wygodnego”. Jego niedbale przypomnienie, żebym nie zabierała telefonu do schowka, bo ekstremalne temperatury rozładują baterię.
Wszystko było skrupulatnie zaplanowane.
„Zrobiłaś to celowo” – powiedziałam, a mój głos drżał tak bardzo, że szczękałam zębami.
Derek westchnął. W jego głosie słychać było niemal dumę. „Scenariusz jest idealny, Grace. Przyszłaś mi pomóc. Zdezorientowałaś się. Weszłaś do niewłaściwego magazynu o dużej pojemności. Do rana nikt nie będzie miał o to pretensji”.
Zacisnęłam dłonie mocniej na brzuchu, gdy bliźniaki kopały jak szalone.
„Derek” – szlochałam, a łzy natychmiast zamarzły mi na policzkach. „Proszę. Pomyśl o swoich dzieciach”.
„Myślę o nich” – odpowiedział chłodno. „Dwa miliony dolarów to bardzo, bardzo dobrze”.
Dzwonił interkom. Potem zamilkł.
Byłam sama.