Na początku ogarnęła mnie czysta adrenalina i panika. Walczyłam z drzwiami. Naparłam na nie całym ciężarem. Waliłam pięściami, aż kostki pękały i krwawiły, rysując jaskrawoczerwone łuki na matowej stali. Kopałam je bosymi stopami, aż zdrętwiały mi palce u stóp.
Nic się nie poruszało. To był schron zbudowany, by odgrodzić mnie od świata, a teraz był moim grobowcem.
Zmusiłam się do zatrzymania, łapiąc powietrze z trudem, jakbym połykała potłuczone szkło. Pomyśl, Grace. Pomyśl. Przemysłowa zamrażarka miała jakieś trzy metry kwadratowe. Wzdłuż ścian biegły wysokie metalowe półki, zastawione wysoko zamkniętymi pudełkami. Nie było koców. Żadnych narzędzi. Żadnego wyjścia.
Nagle światła zamigotały i zgasły.
Krzyknęłam. Światła były aktywowane ruchem. Jeśli przestanę się ruszać, jeśli poddam się wyczerpaniu, pomieszczenie pochłonie absolutna ciemność.
Zaczęłam więc chodzić tam i z powrotem. Małe, sztywne kręgi. Machałam rękami, tupałam nogami, desperacko próbując utrzymać krążenie krwi.
Kolejny gwałtowny kopniak z głębi brzucha mnie zatrzymał.