Przeszył mnie kolejny potężny skurcz. Drugie bliźnię rodziło.
Wciąż tuląc moją nowo narodzoną córeczkę do piersi jedną ręką, oparłam nogi o lodowatą podłogę i parłam z całych sił.
Kilka minut później, w mrozie, narodził się chłopiec.
On również miał przerażający odcień niebieskiego. On również był całkowicie cichy.
I znów płakałam, błagając go o powrót do życia, pocierając jego drobne kończyny, dmuchając ciepłym oddechem na jego maleńką buzię. „Proszę, synku. Oddychaj dla mamy”.
W końcu sapnął, z trudem wciągając lodowate powietrze, a potem rozpłakał się.
Oboje moich dzieci żyło. To było niemożliwe. Były maleńkie, przedwcześnie urodzone i zmarznięte, ale żywe.
Nie miałam nożyczek, żeby przeciąć pępowiny. Nie miałam koców. Mogłam tylko owinąć je obie wokół gołej skóry, szczelnie owijając nas wszystkich cienkim swetrem i modląc się, żeby moje własne słabnące ciepło wystarczyło.
Spojrzałam na cyfrową tarczę zegarka przez gęstą mgłę niewyraźnego widzenia.
7:15
Byłam uwięziona w środku przez dziesięć godzin. Dziesięć godzin w komorze śmierci z temperaturą poniżej zera.
Ale czułam, że słabnę. Gwałtowne dreszcze w końcu ustały. Wiedziałam wystarczająco dużo o hipotermii, by wiedzieć, że to znacznie gorsze niż drżenie. To oznaczało, że moje ciało się poddało.