Spojrzałam na moje dzieci. „Przepraszam” – wyszeptałam, a mój głos ledwie słyszalny był jako szelest powietrza. „Mama tak bardzo się starała”.
Moje oczy same się zamknęły. Ciemność wydawała się ciepła, zachęcająca i spokojna.
Ale potem w pokoju rozległ się ciężki, metaliczny stuk zasuwy.
Drzwi się otwierały. Z trudem otworzyłam ciężkie powieki, wpatrując się w smugę światła wlewającą się do pokoju. W drzwiach stała wysoka, szeroka sylwetka. Derek wrócił, żeby sprawdzić swoją pracę.
Przyciągnęłam dzieci mocniej do piersi, obnażając zęby w ciemności.
„Nie dotykaj ich” – wychrypiałam.
Postać wyszła na światło i upadła na kolana. Mężczyzna patrzący na mnie z góry nie był moim mężem. To był obcy człowiek o przerażonych oczach.
„Mam cię” – powiedział obcy, zdejmując grubą wełnianą marynarkę i owijając nią mnie i moje dzieci.
Zanim zdążyłam zapytać o jego imię, ciemność w końcu mnie wciągnęła.
Obudziłam się na oddziale intensywnej terapii czterdzieści osiem godzin później.