„Maksym” – powiedziała, nagle używając jego imienia, jakby byli sobie bliscy. „Doszło do strasznego nieporozumienia”.
Prawie się roześmiałem.
Nie dlatego, że było to śmieszne.
Bo moja mokra sukienka kapała na kafelki, a ona nadal bardziej przejmowała się tonem niż prawdą.
Maksym nie patrzył na nią.
Spojrzał na mnie.
Tylko ja.
„Chcesz wyjść?”
To był pierwszy wybór.
Tak proste.
Tak niemożliwe.
Mogłabym zabrać Sofiykę i odejść.
Mogłabym pozwolić im zatrzymać ich kwiaty, ich muzykę, ich zdjęcia, ich wypolerowane kłamstwa.
Przez chwilę to było wszystko, czego chciałem.
Iść do domu.
Ubrać Sofiykę w piżamę.
Aby zmyć chlor z włosów.
Udawać, że to wszystko nie ma znaczenia.
Potem zobaczyłem rękę mojej córki.
Ściskała podartą serwetkę z czerwonym słońcem.
Jej małe palce były pomarszczone od wody z fontanny.
I zrozumiałem coś z przerażającą jasnością.
Gdybym odszedł cicho, Sofijka zapamiętałaby tę ciszę.
Pamiętała, że ludzie potrafią upokorzyć jej matkę, więc matka znikała, by zachować pokój.
Już to robiłem zbyt wiele razy.
Spojrzałem na Maksyma.
„Nie” – powiedziałem.