Rafael nie przejmował się już tym, co go obserwowało.
Potężny prezes Grupy Montenegro był tam, na oczach wszystkich, niemal błagając.
„Daj mi szansę. Nawet jeśli tylko dla niego. Zrobię, co zechcesz. Zajmę się wszystkim. Rejestracją, prasą, rodziną, firmą… Powiem całemu światu, że jesteś moja. Tylko nie pozwól, żebym tak skończył”.
Uśmiechnąłem się lekko.
Nie z okrucieństwa.
Nie z zemsty.
Uśmiechnąłem się, bo w końcu ta prośba straciła nade mną władzę.
„Rafaelu, dałem ci sześć lat”.
Mój głos był spokojny. „Przez sześć lat walczyłem o to, żebyś miał miejsce w sercu naszego syna. Przez sześć lat usprawiedliwiałem twoją nieobecność. Przez sześć lat godziłem się na ukrywanie, żebyś niczego nie żałował”.
Płakał cicho.
„Ale to ty wyrzuciłeś nas ze swojego życia. Nie ja”.
Rafael pokręcił głową z rozpaczą.
„Mogę to naprawić”.
„Nie możesz”.
Odpowiedź padła prosto.