Pośród mężczyzn w ciemnych garniturach, wyperfumowanych kobiet i kieliszków szampana wydawał się nie na miejscu.
Wciąż był przystojny.
Ale coś w nim pękło.
Zmarszczki wokół jego oczu pogłębiły się.
Duma, która kiedyś lśniła jak stal, wydawała się wytarta, matowa, skorodowana nieprzespanymi nocami.
Kiedy nasze oczy się spotkały, szkło wypadło mu z dłoni.
Kryształ roztrzaskał się o podłogę.
Zrobił krok.
A potem kolejny.
„Lívia…”
Moja dawna jaźń zadrżałaby.
Kobieta, którą byłam tamtej nocy, po prostu stała.
Elegancka.