Starannie przycięłam kolce kilkunastu długich, krwistoczerwonych róż, poruszając się rytmicznie i nieświadomie precyzyjnie. Powietrze w Petals & Pine, moim małym, ale dobrze prosperującym sklepiku położonym na cichym, agresywnie zamożnym przedmieściu Connecticut, było gęste od zapachu wilgotnej ziemi, zgniecionego eukaliptusa i kwitnących lilii. To był kojący zapach. Zapach cywilny.
„Nie pracuj do późna, Mayo” – powiedziałam, stukając w słuchawkę Bluetooth schowaną pod włosami. „Egzaminy się skończyły. Przeżyłaś. Powinnaś świętować”.
Po drugiej stronie słuchawki śmiech mojej córki zadźwięczał jak dzwoneczki wietrzne. „Wychodzimy w kilka osób, mamo. Dostaliśmy zaproszenie do posiadłości Leo Sterlinga. To Gala Spadkobierców u niego. Jadę tylko dla networkingu, obiecuję. To wielka sprawa dla takiego stypendysty jak ja”.
Znajomy, lodowaty dreszcz przebiegł mi po karku, tuż nad poszarpaną blizną po kuli, którą wiecznie ukrywałam pod miękkimi wełnianymi kardiganami. Vanguard University był instytucją stworzoną dla globalnej elity, a ja doskonale wiedziałam, kim byli Sterlingowie. Julian Sterling był bezwzględnym inwestorem wysokiego ryzyka, który praktycznie zawładnął stanowym parlamentem; jego syn Leo był z tego powodu członkiem rodziny królewskiej.
„Tylko uważaj na siebie, kochanie” – mruknęłam, instynktownie rozglądając się po sklepie, zwracając uwagę na drzwi wejściowe, tylne wyjście, martwe punkty za witrynami chłodniczymi. Stare nawyki. „Naładuj telefon. Nie zostawiaj drinków bez opieki”.
„Mam dziewiętnaście lat, mamo. Jestem dużą dziewczynką” – westchnęła Maya z wyraźną, serdeczną irytacją w głosie. „Poza tym, co najgorszego może się zdarzyć w rezydencji miliardera? Mają lepszą ochronę niż Biały Dom”.