Nie odpowiedziałem. Wrzuciłem telefon z powrotem do kieszeni i zacząłem rozkładać ciężki, wytłumiony karabin snajperski oparty na dwójnogu. Spakowałem lufę, kolbę i optykę do dyskretnego futerału z włókna węglowego. Zanim zamknąłem wieko, spojrzałem na mały, delikatny przedmiot przyklejony taśmą do wewnętrznej strony rękojeści broni.
To była mała, wysuszona, sprasowana kalia. Pamiątka ze sklepu, który już nie istnieje, od kobiety, która umarła, by matka mogła żyć.
„Jestem cierniem, który chroni różę” – wyszeptałam do mroźnego wiatru, zamykając z trzaskiem walizkę. „I zawsze jestem gotowa”.
Wstałam, podciągając kołnierz ciemnego płaszcza, chroniąc się przed chłodem. Odwracając się w stronę drzwi na dach, moja dłoń otarła się o coś sztywnego w kieszeni kurtki. Zmarszczyłam brwi. Sięgnęłam do środka i wyciągnęłam małą, ciężką kartkę z obramowaniem w kolorze złota.
Nie położyłam jej tam. Ktoś ją wsunął poza moją strefę.
Otworzyłam ją. Było to zaproszenie na ekskluzywną, undergroundową galę w Singapurze, napisane elegancką, płynną kaligrafią. Na dole widniała odręczna notatka nabazgrana czerwonym atramentem:
Czekaliśmy na ciebie, Raven. Sterlingowie byli dopiero na przesłuchaniu.
Wpatrywałam się w czerwony atrament, a na mojej twarzy powoli, przerażająco się uśmiechałam. Myśleli, że zapraszają gościa. Nie zdawali sobie sprawy, że właśnie wezwali kata. Tym razem nie potrzebowałabym miliona dolarów. Potrzebowałabym tylko więcej rękawic.
Jeśli chcesz więcej takich historii lub chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami na temat tego, co byś zrobiła w mojej sytuacji, chętnie się z Tobą skontaktuję. Twoja perspektywa pomaga tym historiom dotrzeć do większej liczby osób, więc nie krępuj się komentować i udostępniać.