Sześć miesięcy później.
Słońce wisiało nisko nad malowniczymi, ośnieżonymi Alpami, rzucając długie, złote cienie na nieskazitelny kampus Uniwersytetu w Zurychu. Maya szła przez zadbany dziedziniec, ściskając do piersi stos książek o historii sztuki. Śmiała się z grupą przyjaciół, jej twarz była całkowicie wygojona, a oczy jasne i nieskażone. Rozkwitała pod imieniem „Elena”, w pełni wierząc, że jej matka po prostu objęła bardzo lukratywną, podróżującą posadę międzynarodowej konsultantki florystycznej.
Spojrzała w niebo, zamknęła oczy, by osłonić się przed rześkim wiatrem, uśmiechając się, jakby czuła anioła stróża unoszącego się tuż obok.
Kilometry dalej, na lodowatym, smaganym wiatrem dachu z widokiem na krystalicznie czyste wody Jeziora Zuryskiego, regulowałem powiększenie w lunecie obserwacyjnej. Przez soczewkę o dużej mocy obserwowałem jej uśmiech. Głębokie, promieniujące ciepło rozkwitło w mojej piersi – ciepło, którego żadna ilość Black Ops, żadna ilość krwi ani lodu nie byłaby w stanie ochłodzić. Była bezpieczna.
Mój zaszyfrowany telefon na kartę zawibrował w taktycznej kieszeni przypiętej do uda. Wyciągnąłem go. Pojedynczy, samozniszczający się SMS od Millera:
Nowy cel zidentyfikowany. Lokalizacja: Singapur. Gotowy?