„Wiem. Kocham cię, Mayo”.
„Też cię kocham, mamo. Do zobaczenia jutro”.
Połączenie ucichło. Spojrzałam na swoje odbicie w ciemnej, zalanej deszczem witrynie sklepowej. Zobaczyłam zmęczoną, czterdziestodwuletnią kwiaciarkę w płóciennym fartuchu, z dłońmi poplamionymi żółtym pyłkiem. Ale przez ulotną, przerażającą sekundę w szybie odbiła się zjawa: kobieta w ciężkiej kamizelce taktycznej, z twarzą umazaną szminką, stojąca nad złamanym watażką w pokoju bez okien w Kabulu. Zamrugałam mocno, zmuszając zjawę do powrotu do zamkniętej piwnicy mojego umysłu – dosłownych i metaforycznych drzwi w moim domu, których Mai nigdy, przenigdy nie wolno było otworzyć.
Zgarnęłam porzucone kolce, zdeterminowana, by dokończyć tygodniowy inwentarz. Antyczny mosiężny zegar na ścianie wybił północ, a jego ciężkie bicie rozbrzmiało echem w pustym sklepie. Właśnie gdy wycierałam blat z narzędziami, zadzwonił mój telefon komórkowy.
To nie był dzwonek Mai. To był nieznany numer lokalny.
„Halo?” – odpowiedziałam, czując nagły dreszcz przerażenia.