Pokazał mi robaka. Był szczęśliwy. Siniaki zniknęły. Koszmary stały się rzadsze.
„Możemy później upiec ciasteczka?” zapytał.
„Oczywiście” – powiedziałam.
Pobiegł z powrotem do mamy.
Spojrzałam na stolik nocny. Wydrążony egzemplarz „Wojny i pokoju” wciąż tam stał. Ale obok niego znajdował się nowy dodatek. Bezpieczny telefon z linią bezpośrednią, który Gordon nalegał, żebym zachowała. „Na wszelki wypadek” – powiedział.
Podniosłam druty. Rytm był kojący. Klik-klik. Klik-klik.
Richard kazał mi zniknąć. Chciał mnie pogrzebać.
Nie rozumiał natury rzeczy. Nasiona są zakopywane, a z ziemi rosną w siłę. Pogrzebał nas, owszem. Ale zapomniał, że jestem ogrodnikiem.
Spojrzałam na moją córkę i wnuka. Na mój rodowód. Na moją misję.
Słońce chowało się za horyzontem, rzucając długie cienie na trawę. Już nie bałam się ciemności. Wiedziałam, co w niej żyje. I wiedziałem, że nic w ciemności nie jest tak niebezpieczne, jak staruszka siedząca na ganku i pilnująca swojego stada.
Wziąłem łyk herbaty. Ręka mi nie drgnęła.
Koniec.