Włożyłem wolną rękę do kieszeni kardiganu i rzuciłem Millerowi skórzany portfel.
Złapał go. Otworzył.
Zbladł. Spojrzał na złotą odznakę. Spojrzał na legitymację z kodami bezpieczeństwa wysokiego szczebla.
„Agencja Wywiadu Obronnego” – przeczytał Miller na głos. „Dyrektor Operacyjny. Emerytowany”.
„I obecnie reaktywowana zgodnie z Protokołem Kryzysowym” – skłamałem. „Mężczyźni otaczający ten dom nie są twoimi zastępcami, Miller”.
Jak na zawołanie, odgłos burzy się zmienił.
Pomruk nie był już grzmotem. To był rytmiczny łoskot wirników.
Światła reflektorów z góry przebijały się przez wybite okno, oślepiając wszystkich. Z nieba dobiegł głos, wzmocniony przez głośnik.
„TU ZESPÓŁ FBI DO RATOWANIA ZAKŁADNIKÓW. DOM JEST OTOCZONY. RZUCIĆ BROŃ I NATYCHMIAST WYJŚĆ Z BUDYNKU”.
Nie tylko zadzwoniłem do Wydziału Cyberprzestrzeni. Zadzwoniłem do starego przyjaciela, który był mi winien dług wdzięczności. Zastępcy dyrektora Gordona z Biura. Powiedziałem mu, że mam atak terrorystyczny w kraju. To było naciągane, ale poderwało ptaki w powietrze.
Miller upuścił broń. Rozbiła się o podłogę.
„Nie wiedziałem” – wyjąkał Miller. „Nie wiedziałem”.
„Niewiedza nie jest obroną, szefie” – powiedziałem.
Spojrzałem na Richarda. Był blady, spocony z bólu złamanej ręki, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem.
„Ty…” Richard wydyszał. „Jesteś tylko babcią. Robisz szaliki na drutach”.
„Robię na drutach” – zgodziłem się. „Dzięki temu mam stabilne ręce, kiedy muszę strzelać do wściekłych psów”.
W drzwiach wejściowych roiło się od mężczyzn w rynsztunku taktycznym. Celowniki laserowe przemykały po pokoju.
„Agenci federalni!”
Zaatakowali Millera. Zaatakowali młodych funkcjonariuszy.