Ups. „Znajdźcie bachora!”
„Richard” – wyszeptał Miller. „Odłóż kij. Musimy postępować zgodnie z przepisami”.
„Pieprzyć przepisy!” – ryknął Richard. „Porwała mojego syna!”
Snopy światła ich latarek dosięgły mnie. Siedziałem nieruchomo w fotelu, skąpany w cieniu.
„Pani Vance” – powiedział Miller, oślepiając mnie światłem. „Ręce, żebym mógł je widzieć! Wstań!”
Nie ruszyłem się.
„Wyciągnijcie ją stąd” – warknął Richard. „Skujcie ją. Zaciągnijcie do zakładu psychiatrycznego”.
„Richard” – powiedziałem spokojnie. Mój głos nie odbił się echem; przeciął pokój. „Dałem ci szansę na wyjście”.
Richard się roześmiał. Podszedł do mnie, uderzając kijem w dłoń. „Myślisz, że jesteś straszna, Marto? Jesteś niczym. Jesteś pijawką mieszkającą w domu, za który płacę podatki. Gdzie on jest?”
„Jest bezpieczny przed tobą”.
Richard zamachnął się kijem. Nie celował we mnie, celował w lampę na stole, roztrzaskując ją. To była taktyka zastraszania. Miała mnie zmusić do drgnięcia.
Nie mrugnęłam.
„Przeszukajcie dom!” krzyknął Richard do funkcjonariuszy.
Jeden z młodych funkcjonariuszy ruszył w stronę korytarza.
„Panie policjancie” – powiedziałam. „Jeśli zrobi pan jeszcze jeden krok w stronę korytarza, naruszy pan jurysdykcję federalną”.
Młody policjant zatrzymał się, zdezorientowany. „Co?”