Kuba stał przed nią w wyprasowanej koszuli, zawstydzony bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Obok niego mama trzymała bukiet polnych kwiatów. Pani Janina poprawiała kapelusz. Sąsiedzi przyszli liczniej niż na pogrzeb, co trochę bolało, ale też dawało nadzieję.
W salonie, tam gdzie kiedyś pani Helena leżała pod kocem, ustawiono wygodne fotele, regał z książkami, czajnik, stolik z krzyżówkami i dużą karafkę wody.
Kuba wszedł powoli.
Wszystko było inne.
A jednak przy oknie stał ten sam fotel.
Na małej tabliczce obok napisano:
„Dla tych, którzy pamiętają, że podanie szklanki wody może uratować dzień.”
Kuba dotknął brzegu fotela.
„Mamo, ona by się cieszyła?”
Mama objęła go ramieniem.
„Myślę, że właśnie dlatego to zrobiła.”
Pierwszą osobą, która usiadła w Pokoju Słonecznym, był pan Antoni z końca ulicy. Miał dziewięćdziesiąt lat, laskę i zwyczaj udawania, że niczego nie potrzebuje.
Kuba podszedł do niego z wahaniem.
„Chce pan wody?”
Pan Antoni spojrzał na niego spod krzaczastych brwi.
„A wyglądam, jakbym nie umiał sam sobie nalać?”
Kuba się speszył.