„Nie, ja tylko…”
Starszy mężczyzna przez chwilę patrzył poważnie, a potem westchnął.
„Dobrze. Ale tylko pół szklanki. I nie mów nikomu, że mi pomogłeś, bo stracę reputację.”
Kuba uśmiechnął się pierwszy raz od pogrzebu.
Nalał wody.
Kiedy podawał szklankę, przypomniał sobie dłonie pani Heleny — lekkie, kruche, zawsze zimne. Przypomniał sobie jej głos: „Ty jesteś moim małym światłem.”
Tego dnia zrozumiał, że ona nie odeszła całkiem.
Została w szklankach wody, w otwartych drzwiach, w fotelu przy oknie i w każdym samotnym człowieku, którego ktoś wreszcie zauważył.
Kilka miesięcy później Roman pojawił się przed domem.
Kuba miał wtedy dyżur z mamą. Pomagał ustawiać kubki po herbacie, gdy zobaczył go przez okno. Mężczyzna wyglądał inaczej. Mniej pewny siebie, starszy, jakby przegrana zdjęła mu z twarzy twardą maskę, a pod spodem nie było nic gotowego.
Mama wyszła do niego na ganek.
Kuba został w środku, ale słyszał przez uchylone okno.
„Nie przyszedłem robić awantury” powiedział Roman.
„To dobrze.”
Długo milczał.
„Chciałem… zobaczyć.”
„Dom?”
„Co z niego zrobiliście.”
Mama nie odpowiedziała od razu.
„To nie my. Pańska matka.”
Roman spojrzał w okno salonu. Na starszych ludzi pijących herbatę. Na panią Janinę kłócącą się z panem Antonim o krzyżówkę. Na Kubę, który stał nieruchomo z ręcznikiem w dłoni.
„Ona naprawdę go lubiła” powiedział cicho.
Mama spojrzała na niego chłodno.