Potem wyjął z kieszeni mały mosiężny klucz. Ten sam, który Roman kiedyś mu odebrał, a który po procesie wrócił do niego razem z dokumentami pani Heleny. Nie otwierał już jej domu. Zamki dawno wymieniono. Ale Kuba nosił go przy sobie.
Nie jako pamiątkę krzywdy.
Jako dowód zaufania.
Podniósł klucz do światła.
„Ona mówiła, że to nie dla wygody. Dla życia.”
Mama położyła głowę na jego ramieniu.
„I miała rację.”
Wieczorem, gdy wracali do domu, w oknach dawnego domu pani Heleny paliło się ciepłe światło. Przy stole siedzieli ludzie, którzy nie chcieli jeszcze wracać do pustych mieszkań. Ktoś śmiał się głośno. Ktoś stukał łyżeczką o filiżankę. Ktoś prosił o wodę.
Kuba zatrzymał się na chodniku.
Przez moment wydawało mu się, że w fotelu przy oknie siedzi pani Helena, owinięta granatowo-białym kocem, patrząca na niego z tym swoim zmęczonym, dobrym uśmiechem.
Mrugnął.
Fotelu był pusty.
A jednak nie do końca.