Potem uklękła przed nim i położyła dłonie na jego ramionach.
„Synku, posłuchaj mnie. Dobro czasem zostaje oskarżone, bo ludzie źli nie wierzą, że może istnieć bez ceny.”
„Ale ja nic nie ukradłem.”
„Wiem.”
„A jeśli pani Helena będzie chciała wody?”
Mama zamknęła oczy.
To pytanie było prostsze i straszniejsze niż wszystkie oskarżenia Romana.
Następnego ranka pani Helena trafiła do szpitala.
Kuba dowiedział się od sąsiadki z naprzeciwka. Roman podobno przyjechał karetką, potem szybko wrócił do domu matki i wynosił jakieś teczki. Przez trzy dni chłopiec siedział po szkole pod płotem pani Heleny, patrząc na zamknięte okna.
Czwartego dnia mama zabrała go do szpitala.
Pani Helena leżała blada, mniejsza niż kiedykolwiek, ale gdy zobaczyła Kubę, jej oczy rozjaśniły się tak, jakby ktoś zapalił lampkę przy łóżku.
„Mój chłopiec…”
Kuba podbiegł i chwycił jej dłoń.
„Ja nic nie zabrałem. Naprawdę.”
Po jej twarzy spłynęła łza.
„Wiem. Ty mi przynosiłeś, Kubuś. Nigdy nie zabierałeś.”