Krzyk ucichł mi w gardle, zanim zdążył się wydobyć. Paląca, lepka ciecz uderzyła mnie w przedramiona i rozprysła się po podbrzuszu.
Nie tylko upał; to była absolutna, oślepiająca, biała agonia, która rozmyła moją rzeczywistość. Zapach palonej tkaniny i przypalonego ciała natychmiast uniósł się w powietrze.
Kolana się pode mną ugięły. Upadłam na importowane płytki, krztusząc się z bólu, a moje ramiona drżały, gdy olej przywierał do mojej skóry, gotując mnie, nawet gdy się miotałam.
Klara górowała nade mną, a pusty garnek kołysał się luźno w jej dłoni. „Teraz” – syknęła, a jej głos ociekał sadystyczną satysfakcją – „masz powód, by być naprawdę niezdarnym”.
Ciężkie kroki zadudniły w korytarzu. Mason wpadł przez wahadłowe drzwi. Przez jedną ulotną, urojoną sekundę myślałam, że mnie uratuje. Myślałam, że horror widoku jego żony wijącej się na podłodze złamie urok, jaki rzuciła na niego matka.
Zatrzymał się. Spojrzał na kałużę dymiącego oleju na podłodze. Spojrzał na przerażające, czerwone, pęcherze, które bulgotały na moich ramionach. Potem spojrzał na spokojną, niewzruszoną twarz matki.
Nie wyciągnął telefonu, żeby zadzwonić pod 911. Nie pobiegł do zlewu po zimną wodę.