Zmrużył oczy. Szukał śladów rozprysku, które zawsze towarzyszyły upadkowi – bocznego rozprysku na szafkach, chaotycznego rozproszenia cieczy, gdy ciało uderza o podłogę, trzymając pojemnik. Na moich ubraniach niczego nie było.
Potem lekko zsunął mi szpitalną koszulę z ramion, żeby zbadać górne granice oparzenia.
Zatrzymał się.
Na mojej bladej, nieopalonej skórze, widniały ciemne, głębokie siniaki. Odciski palców. Trzy na przedniej stronie bicepsa, kciuk wbijający się w tył. Były świeże, idealnie pokrywały starsze, półksiężycowate wgłębienia, które Clara zrobiła kilka godzin wcześniej. Były to niezaprzeczalne, biomechaniczne znaki, świadczące o tym, że ktoś jest przytrzymywany siłą z góry.
Dr Harrison powoli opuścił moje ramię. Zdjął rękawiczki i z cichym trzaskiem wrzucił je do pojemnika na odpady biologiczne. Wyprostował się na całą wysokość, obracając szerokie ramiona, by całkowicie zablokować jedyne wyjście z sali urazowej.
Nie odezwał się do Masona. Zwrócił się do pielęgniarki dyżurnej, stojącej przy monitorach.
„Trajektoria tych oparzeń jest całkowicie opadająca i celowa. Dynamika płynów nie zgadza się z przedstawioną narracją” – stwierdził dr Harrison, a jego głos brzmiał z przerażającą stanowczością. „To nie był atak. To był atak. Natychmiast zamknąć skrzydło. Wezwać policję”.