Mason natychmiast rozluźnił uścisk. Przerażenie zniknęło z jego twarzy, zastąpione gładką, sądową osobowością. Skinął głową, wyciągając rękę, by otrzeć zabłąkaną łzę z mojego policzka z przerażającą parodią czułości. „Grzeczna dziewczynka. Chodźmy do szpitala. Powiemy im, jak odważnie próbowałaś gotować dla mojej mamy”.
Zanim zawodząca karetka dotarła do bramy, moje ramiona były owinięte mokrymi ręcznikami. Gdy ratownicy medyczni układali mnie na noszach, Mason pochylił się, jego twarz była o centymetry od mojej. Złapał mnie za rękę, a jego paznokieć mocno wcisnął się w wilgotny, niezabandażowany pęcherz w pobliżu nadgarstka.
„Jedno złe słowo do lekarzy” – wyszeptał z uśmiechem przyklejonym do twarzy ratowników – „i znikniesz, Avo. Po prostu przestaniesz istnieć”.
3. Prawda sądowa
Skrzydło ratunkowe szpitala było chaotyczną symfonią oślepiających jarzeniówek, zapachu sterylnego jodu i gorączkowego pikania monitorów. To był świat zbudowany na traumie, ale także na dowodach.
Zawieźli mnie na oddział urazowy, rozcinając zniszczony jedwab mojej bluzki. Ból przekroczył wszelkie doznania fizyczne; w mojej głowie rozbrzmiewał głośny, huczący szum.
Mason odgrywał rolę życia. Był uosobieniem zrozpaczonego, bogatego męża. Krążył u wezgłowia mojego łóżka, z przekrzywionym designerskim krawatem, a jego głos łamał się z idealnie modulowaną paniką, gdy zwracał się do personelu.