„Nigdy więcej nie nazwiesz mojego dziecka dźwignią, wypadkiem, ciężarem ani polisą ubezpieczeniową od spadku”.
Adrien spuścił głowę.
„Sporządzisz pisemne oświadczenie, w którym wycofasz wszystkie insynuacje krążące podczas postępowania rozwodowego dotyczące mojej stabilności psychicznej, mojej rzekomej zależności finansowej i mojej zdolności do macierzyństwa”.
Henri otworzył usta, a potem je zamknął.
„Natychmiast uregulujesz płace, godziny pracy i pensje wszystkich niedopłacanych pracowników domowych, zaczynając od Nadii”.
Diane zamrugała.
„Co?”
„Tak”, odpowiedziałam. „Zauważam inne kobiety”.
Mathilde lekko się zamknęła w sobie.
„A ty, Adrien” – dodałem – „podpiszesz nową umowę o opiekę i wkłady, którą moi prawnicy prześlą ci jutro rano przed dziewiątą. Żadnych gierek. Żadnych zaplanowanych przecieków do prasy. Żadnego grania wzorowego ojca dla magazynów, które żerują na szykownej litości”.
Głos mu się załamał.
„Dobrze”.
Ledwo na niego spojrzałem.
„Jeszcze nie skończyłem”.
Twarz Henriego stwardniała.
„Cassandre, są pewne granice”.
Odwróciłem się do niego, pozbawiony wszelkiej cierpliwości.
„Nie. Były pewne granice. To ty je przekroczyłeś”.
Zamilkł.
„Oto, co się stanie” – kontynuowałem. „Arthur zawiesi trzecią fazę, jeśli i tylko jeśli zostaną spełnione wszystkie warunki”. Nie dlatego, że wierzę, że którykolwiek z was stał się lepszym człowiekiem w pięć minut. Ale dlatego, że moje dziecko nie będzie dorastać w środku nieustannej wojny, jeśli uda mi się temu zapobiec.
Słowa wniknęły w gardło Adriena z niemal widoczną precyzją.
„Cass…” zaczął.
„Nie zaczynaj od nowa”.
Natychmiast zamilkł.
Pokój nie był już taki sam.
Świece wciąż się paliły. Udziec jagnięcy wciąż stygł. Kieliszki wciąż lśniły. Ale iluzja prysła. I niemal czuło się, jak uchodzi z niego powietrze. Ci ludzie zawsze wierzyli, że władza należy do nich z definicji. W końcu poznali dorosłą wersję: władza należy do tego, kto wytrzyma wystarczająco długo, by spisać protokół.
Ból pleców.