Rozłączyłam się.
Nikt się nie odzywał przez chwilę.
Woda wciąż spływała mi z włosów po szczęce. Bluzka przykleiła się do brzucha. Dziecko znów się poruszyło, a potem uspokoiło. Przycisnęłam dłoń do brzucha i ogarnęło mnie dziwne uczucie. Nie dlatego, że ból ustępował. Ale dlatego, że właśnie znalazł cel.
Diane pierwsza odzyskała panowanie nad sobą.
Oczywiście.
Postawiła puste wiadro na blacie za sobą i cicho zachichotała.
„Co to właściwie było? Małe przedstawienie?”
Mathilde przewróciła oczami.
„Może w końcu znalazła sobie prawnika”.
Adrien pokręcił głową z tym protekcjonalnym znużeniem, które niektórzy mężczyźni mylą z dojrzałością.
„Cassandre, już ci mówiłam, grożenie ludziom tylko sprawia, że wyglądasz na niezrównoważonego”.
Spojrzałam na niego po raz pierwszy odkąd wyszłam z wody.
Naprawdę mu się przyjrzałam.
Jego twarz, nieco pogrubiona od biznesowych lunchów i całkowitego braku dyscypliny. Obraźliwie drogi zegarek, który dała mu matka po awansie, na który nigdy nie zasłużył. Ta szczególna miękkość wokół ust, która zawsze pojawia się u mężczyzn, którym życie zbyt długo oszczędzało konsekwencji. Kiedyś był przystojny, olśniewająco przystojny i ambitny, zanim poczucie wyższości nie zepsuło jego istoty.
Teraz wyglądał po prostu, jakby był zatrudniony na cały etat.
„Powinieneś usiąść” – powiedziała Diane z nową przyjemnością. „Ociekasz zewsząd”.
Wstałam.
Całe pomieszczenie drgnęło z intensywnością.
To było subtelne. Krzesło zaskrzypiało. Uśmiech Mathilde się skrzywił. Adrien lekko się podniósł, jeszcze nie ze strachu, ale dlatego, że obudziło się w nim stare wspomnienie. Wspomnienie wersji mnie, której nigdy do końca nie zrozumiał. Tej z początku. Kobiety zbyt spokojnej, by pochodziła „znikąd”, zbyt precyzyjnej w słowach, zbyt nieczułej na luksusy dla skromnej dziewczyny, którą, jak sądził, poślubił.
Podniosłem serwetkę leżącą mi na kolanach i poklepałem się po twarzy.
Potem odezwałem się z tak nieskazitelną uprzejmością, że graniczyło to z okrucieństwem.
„Nie. Chyba zostanę na stojąco”.
Diane przewróciła oczami.
„A, oto i ona. Mała tragikomanka”.
Dziesięć minut.
Tylko tyle wystarczyło, żeby Protokół Siódmy wystrzelił pierwszą salwę.
Usłyszałem to przed nimi.