Spojrzał gniewnie. „Nie zwracaj się do mnie”.
Otworzyłem drugą teczkę.
Wzrok Daniela spłynął w jej stronę.
Tak, Danielu. Był jeszcze jeden.
„To wymiana e-maili między panem Vossem, Danielem i Elise Carter” – powiedziałem. „Szczegółowo opisuje ona przepływy dochodów kliniki przez Fundację Carter do czasu dzisiejszego orzeczenia”.
Voss zareagował, zanim zdążył się powstrzymać. „Poufna komunikacja”.
„Nie, jeśli służą do dalszego oszustwa” – powiedziała chłodno sędzia Marlowe.
Wzięła kartki.
Voss zamilkł.
To milczenie było słodsze niż jakakolwiek kłótnia.
Daniel wstał ponownie, trzęsąc się z wściekłości. „Ten sąd nie może uznać skradzionych dokumentów”.
„Nie zostały skradzione” – powiedziałem. „Zostały mi przesłane”.
„Przez kogo?”
Spojrzałem ponad nim.
Mara zrobiła krok naprzód.
Twarz Daniela się skrzywiła. „Ty głupia mała…”
„Dość” – zagrzmiał sędzia Marlowe.
Komiwojażer podszedł bliżej.
Głos Mary zadrżał, ale kontynuowała. „Powiedział mi, że pani Hale jest zbyt biedna, żeby walczyć. Powiedział, że po wyroku przeniesie wszystko na stałe za granicę. Pan Voss powiedział mi, które akta mam usunąć”.
Voss zamknął oczy.
Eliza zaczęła płakać – nie z poczucia winy, a z wyrachowania.
„Daniel mnie do tego zmusił” – wyszeptała.
Daniel odwrócił się do niej. „Podpisywałeś każdy przelew”.