— To jest mój ślub! Nie możecie mnie tak potraktować!
Wtedy odezwała się starsza kobieta stojąca na schodach — babcia Alicji, jak później się dowiedziałam.
— Synku, to ty potraktowałeś ślub jak scenę do oszustwa. Nie dziw się, że kurtyna spadła.
Nie wiem, czy ktoś się zaśmiał.
Ja nie.
Stałam tam z synami, w różowej sukni, przed kościołem pełnym kwiatów, których zapach nagle wydawał się duszący, i czułam nie triumf, lecz ogromne zmęczenie.
Bo prawda, kiedy wreszcie wychodzi na światło, nie zawsze przynosi ulgę od razu.
Czasem najpierw pokazuje, ile lat spędziłaś w ciemności.
Tomasz podszedł do mnie później, gdy goście zaczęli się rozchodzić, a Alicja zniknęła w środku z matką i ojcem.
— Przepraszam — powiedział.
— Za co?
— Że musiała pani tego słuchać publicznie.
Spojrzałam na kościół.
— Przez lata słuchałam prywatnie. Publicznie bolało mniej.
Przesłał mi plik na telefon i dał wizytówkę.
— Jeśli będzie trzeba zeznać, zrobię to.
— Dlaczego pan to zrobił?
Zawahał się.
— Bo kiedy moja siostra uciekła od męża, wszyscy pytali, dlaczego nie miała dowodów. Dzisiaj zobaczyłem kobietę, której dowód pojawił się przed nosem. Nie chciałem, żeby znów wygrał ten, kto mówi głośniej.
Chciałam mu podziękować, ale nie umiałam.
Więc tylko uścisnęłam jego rękę.
Paweł próbował jeszcze podejść do chłopców.
Leon cofnął się natychmiast.