— Tata będzie miał nową rodzinę?
Zamknęłam oczy na ułamek sekundy.
— Tata będzie miał żonę. Ale wy nie przestajecie być jego dziećmi.
Leon spojrzał na mnie poważnie.
— A ty będziesz smutna?
Chciałam skłamać.
Matki często kłamią w imię spokoju.
Ale byłam już zmęczona budowaniem domu na kłamstwach innych ludzi.
— Trochę — powiedziałam. — Ale smutek nie znaczy, że sobie nie poradzimy.
Filip podniósł swój rysunek smoka.
— To smoka weźmiemy.
Nie chciałam iść.
Naprawdę.
Przez kilka dni odkładałam zaproszenie do szuflady, potem wyjmowałam je z powrotem. Wiedziałam, dlaczego Paweł mnie zaprosił. Nie z dojrzałości. Nie z szacunku. Chciał mnie zobaczyć małą. Samotną. W taniej sukience, z dziećmi uczepionymi dłoni, wśród jego nowych bogatych znajomych i rodziny Alicji Wierzbickiej, która miała nazwisko znane w całym mieście.
Chciał, żebym była dowodem na to, że dobrze zrobił, odchodząc.
Żebym wyglądała jak życie, z którego się „uratował”.
Poszłam, bo chłopcy chcieli zobaczyć kościół z „takimi dużymi oknami jak w zamku”.
Poszłam też dlatego, że przez lata unikałam miejsc, w których Paweł mógłby mnie zranić, i odkryłam, że unikanie nie jest wolnością. To tylko więzienie z innym widokiem.
Pożyczyłam różową suknię od mojej kuzynki Niny, która prowadziła salon ślubny i powiedziała:
— Nie pójdziesz tam jak cień. Pójdziesz jak kobieta, która przeżyła.
Załatwiła też samochód od swojego znajomego, białą limuzynę, absurdalnie elegancką jak na moje życie. Śmiałam się, kiedy ją zobaczyłam.
— Nina, to przesada.
— Nie — powiedziała. — Przesadą było to, że on myślał, że możesz przyjechać tramwajem z poczuciem winy.
W dniu ślubu chłopcy mieli czarne garniturki i muchy. Leon zapytał, czy wyglądają jak agenci. Filip powiedział, że jak ochroniarze smoka. Ja miałam włosy spięte nisko, dłonie zimne i serce tak ciężkie, że każdy oddech wydawał się pracą.
Zaparkowaliśmy dwie ulice od kościoła.
Kiedy kierowca otworzył mi drzwi, telefon zadzwonił.
Nieznany numer.