Nazywam się Élise Martin. Miałam dwadzieścia lat.
Urodziłam się w małej wiosce w regionie Creuse, gdzie zimy wydają się dłuższe niż lata, gdzie domy wciąż pachną wilgotnym drewnem, zupą porową i ciszą strzeżoną z dumy.
Mój ojciec zmarł zbyt młodo.
Od tego dnia matka wychowywała mnie i moich dwóch młodszych braci samotnie, z wiecznie zrogowaciałymi dłońmi, wiecznie zgarbionymi plecami i tym zdaniem, które powtarzała, gdy na stole prawie nic nie zostało:
„Dopóki oddychamy, nie jesteśmy zgubieni”.
Ale czasami oddychanie nie wystarcza.
Długi wkradały się jak wilgoć w ściany.
Najpierw powoli.