Zawstydzony burmistrz.
Dwóch milczących świadków.
Moja matka drżała w pierwszym rzędzie, ściskając w dłoniach torebkę, jakby kurczowo trzymała się ostatniej rzeczy, jaka jej została.
Ludzie mówili, że miałam szczęście.
„Przynajmniej niczego jej nie zabraknie”.
„Z takim życiem, jakie miała, może nie jest tak źle”.
„Biedna dziewczyna musi umieć pogodzić się z tym, co jej los daje”.
Słyszałam ich.
Z każdym słowem czułam się coraz bardziej brudna.
Tego wieczoru zabrano mnie do pana Delorme’a.
Jej dom stał z dala od wioski, za aleją obsadzoną nagimi lipami.
Stary, solidny, niemal ponury dom z bladoniebieskimi okiennicami i dużymi drzwiami, które skrzypiały jak we wspomnieniach z dzieciństwa.
Wszystko było czyste.
Za cicho.
Zapach wosku, świeżego prania i gorącej zupy.
Żadnego alkoholu.
Żadnych krzyków.
Żadnej muzyki.
Nic, co przypominałoby piekło, które sobie wyobrażałem.
Ale strach zdecydowanie tam był.
Ścisnął mi gardło.
Pierwszej nocy poszedłem do sypialni na czworakach.
Spodziewałem się najgorszego.
Spodziewałem się, że będę musiał zamknąć oczy i zniknąć gdzieś głęboko w sobie.
Położyłem rękę na klamce.