„Chcesz mnie sprzedać?”
Mój głos nie był już nawet głosem. Był raną.
Matka wybuchnęła płaczem.
„Nie… nie, moja córko… Nigdy bym nie chciała…”
„Ale przyjmiesz”.
Spuściła głowę.
A ta cisza odpowiedziała mi lepiej niż jakiekolwiek słowa.
Mężczyzna nazywał się Henri Delorme.
Sześćdziesiąt osiem lat.
Panna.
Były właściciel małej firmy budowlanej w pobliżu Guéret.
Duży kamienny dom, ziemia, pieniądze i, według mieszkańców wioski, samotność na tyle rozległa, że można w niej pogrzebać całe życie.
Po raz pierwszy zobaczyłam go przed ratuszem.
Miał na sobie ciemny garnitur, za duży na jego chudą sylwetkę.
Jego włosy były prawie całkowicie białe.
Jego twarz była pokryta głębokimi zmarszczkami, ale jego oczy… jego oczy nie przypominały oczu okrutnego człowieka.
A jednak nie próbowałam zrozumieć.
Dla mnie to on już był tym, który mnie kupił.
Ceremonia była krótka.
Kilka podpisów.