„Myślałam, że oddaję cię człowiekowi, żeby ocalił twoich braci. Myślałam, że Bóg mi nigdy nie wybaczy”.
Wziąłem ją za ręce.
Były chude, zimne i popękane.
„Bawiłaś się. Byłaś słaba. Ale mnie nie zniszczyłaś”.
Spojrzała na mnie zagubionym wzrokiem dziecka.
„Więc… nie zrobił ci krzywdy?”
Pokręciłem głową.
„Nie. On mnie chronił”.
Zakryła twarz.
Tego dnia coś się między nami naprawiło.
Nie wszystko.
Niektóre rany zostawiają blizny.
Ale blizna nie zawsze oznacza koniec.
Czasami jest dowodem na to, że przeżyliśmy.
Trzy miesiące później pan Henri Delorme zmarł.
Był bardzo zimny poranek.
Śnieg delikatnie padał na ogród.
Siedziałam przy jego łóżku.
Oddychał z trudem, ale jego twarz była spokojna.