„Ale dlaczego zgodziłam się na małżeństwo?”
Pan Delorme wyjrzał przez okno.
Ogród był szary, bezlistny, nieruchomy.
„Bo twoja rodzina jest spokrewniona z moją”.
Nie zrozumiałam.
Wyciągnął zza koszuli starą fotografię.
Na zdjęciu dwóch młodych mężczyzn stało przed kamieniołomem.
Jeden to pan Delorme, znacznie młodszy.
Drugi…
Zakryłam usta dłonią.
„Tato…”
Powoli skinął głową.
„Twój ojciec pracował ze mną dwadzieścia trzy lata temu. Pewnego dnia doszło do wypadku. Zawaliła się ściana. Utknąłem pod nią. Wszyscy myśleli, że nie żyję”.
Jego głos zniżył się.
„Twój ojciec wrócił do kamieniołomu, mimo że było to zabronione. Wyciągnął mnie. Uratował mi życie”.
Nie mogłam mówić.
„Zawdzięczałam mu wszystko, Elise. Ale on zawsze odmawiał mojej pomocy”. Powiedział, że między mężczyznami nie wycenia się uratowanego życia.
Pan Delorme uśmiechnął się smutno.
„Kiedy umarł, próbowałem pomóc twojej matce. Odmówiła. Była tak samo dumna jak on. Więc obserwowałem sytuację z dystansu. Czasami płaciłem anonimowo kilka rachunków. Ale tym razem wierzyciele mieli zamiar zabrać mi wszystko”.
Łzy piekły mnie w oczach.
„Moja matka naprawdę myślała, że mnie poświęciła”.
„Tak”.
To słowo bolało.
„I pozwoliłeś jej w to uwierzyć?”
Na sekundę zamknął oczy.
„Nie. Wyjaśniłem jej to. Ale wstyd czyni człowieka głuchym. Pamiętała tylko jedno: jej córka nosiła moje nazwisko i dzięki temu jej dzieci miałyby dach nad głową”.
Delikatnie popchnął koszulę w moją stronę.
„Chciałem, żeby małżeństwo dawało ci natychmiastową ochronę prawną. Nic więcej”.
Myślałem, że zostałem sprzedany.