Zanim jeszcze usiadłem, w sali rozpraw rozległ się szmer.
Ludzie pochylali się, próbując rozróżnić, co widzą, bo kobieta, która weszła na salę rozpraw w dyskretnej szarej sukience, zniknęła za drzwiami do sali, by pojawić się kilka minut później w czarnej sukni. Szelest marynarek, nerwowe przesuwanie krzeseł, cichy pomruk zdumienia, który przetoczył się przez galerię dla publiczności… wszystko to zlało się w jedno elektryczne napięcie, tak gęste, że zdawało się kurczyć salę.
Naprzeciwko mnie Alexandre Delorme wyglądał jak człowiek, któremu właśnie ziemia usunęła się spod nóg.
Jego matka, Patricia, która zaśmiała się, gdy Valérie uderzyła mnie na korytarzu, trzymała usta lekko otwarte, tworząc idealny krąg lodowatego niedowierzania.
Twarz Valérie przybrała ten niemal pudrowy odcień, jaki pojawia się, gdy arogancja opuszcza ciało szybciej, niż krew nadąża.
Na ułamek sekundy wszyscy troje zapomnieli o swojej roli.
Położyłam obie ręce na mównicy i obserwowałam salę z kontrolowanym spokojem.
Nie dlatego, że nagle zostałam sędzią w ich sprawie rozwodowej, jak początkowo sądzili.
I nie dlatego, że ta rozprawa w cudowny sposób znikąd przeobraziła mnie w sędziego pokoju.
Rzeczywistość była bardziej sucha, bardziej proceduralna i o wiele bardziej druzgocąca dla nich.
Sędzia sądu rodzinnego, która zajmowała się sprawą rozwodową, wyłączyła się z udziału w niej jeszcze tego samego ranka po ujawnieniu konfliktu interesów związanego z fundacją należącą do grupy Delorme. O 8:12 sprawa została tymczasowo przekazana do specjalnego składu wydziału ekonomiczno-finansowego Sądu Paryskiego, który zajmował się już zamkniętą sprawą dotyczącą defraudacji, nadużycia zaufania, zastraszania strony i potencjalnego utrudniania postępowania.
Nie byłam tam jako żona.
Nie byłam tam jako ofiara.
Byłem tam jako specjalny sprawozdawca, upoważniony do przedstawienia i poświadczenia akt konsolidacyjnych w imieniu Komisji Etyki Finansowej, do której zostałem powołany trzy miesiące wcześniej pod moim zawodowym nazwiskiem:
Camille Reynaud.
A w tej sali sądowej, poza protokolantem, szefem agentów, dwoma przedstawicielami izby adwokackiej i sędzią przewodniczącym, który miał orzekać jako następny, nikt nie wiedział, że Camille Delorme i Camille Reynaud to ta sama osoba.
To nie była magia.
To było prawo.
Kompetencja.
Procedura.
I ta szczególna forma przemocy, która dla niektórych wynika z niedocenienia niewłaściwej kobiety w niewłaściwym momencie.
Protokolant wstał pierwszy, wyraźnie pragnąc przywrócić porządek, zanim panika zamieni wszystkich w karykaturę.
„Rozprawa jest otwarta. Wszystkie strony pozostają na swoich miejscach do odwołania”.
Alexandre wstał mimo woli.