Tym razem pytanie było szczere. I właśnie to ułatwiło mi odpowiedź.
„Tak. Mów prawdę, nawet jeśli będzie cię to kosztować więcej niż milczenie”.
Spojrzał na mnie, jakbym właśnie przemówiła do niego w nowym języku.
„To będzie dla ciebie pierwszy raz” – dodałam.
Wyrwał mu się urywany śmiech. Skinął głową. Wiedział, że zasługuje na coś gorszego niż moje opanowanie. I ta świadomość musiała być jego wewnętrzną udręką, bo sprawiedliwość sądów zawsze gdzieś się zatrzymuje przed duszą.
Przeszedłem obok niego.
Na zewnątrz popołudniowe słońce rozjaśniało schody Pałacu Sprawiedliwości. Paryż szedł dalej, jakby nic się nie stało. Samochody przejeżdżały wzdłuż nabrzeża. Ktoś śmiał się zbyt głośno przez telefon. Dostawca pędził na rowerze. Zawsze wydawało mi się obsceniczne, jak świat pozostaje taki zwyczajny w czasach, gdy życie prywatne staje w płomieniach.
Mój brat Mathieu czekał na mnie przy krawężniku.
Upierał się, żeby nie iść na rozprawę. Sądy przypominały mu o zbyt wielu latach dokumentacji medycznej, upokarzających roszczeniach ubezpieczeniowych i niekończącej się rehabilitacji.
Ale teraz był tam, z jedną ręką opartą na lasce, z oczami wpatrzonymi we mnie z tą mieszanką dumy, zmartwienia i miłości, która sprawia, że człowiek ma ochotę paść na ziemię dopiero wtedy, gdy wszystko się wreszcie kończy.
„No i co?” zapytał.
Spojrzałem na niego.
Potem spojrzałam na światło padające na bruk.
Potem spojrzałam na niego ponownie.
„To koniec”.
Mathieu wypuścił oddech, który zdawał się być wstrzymywany w jego ciele od lat. Otworzył ramiona, a ja podeszłam do niego, nie przejmując się tym, jak wyglądało moje dawne życie.
pomyślałby o moich łzach.
„Uderzyła cię?” mruknął przy moich włosach.
„W korytarzu”.
Cofnął się, natychmiast wściekły.
„Ta kobieta…”
„Jest pod opieką”.
Jego usta zadrżały w niemal uśmiechu.
„Chyba przez ciebie”.
W końcu uśmiechnęłam się porządnie.
„Z niewielką pomocą instytucji”.
Zerknął w stronę dużych drzwi.
„A Alexandre?”
Poprawiłam kołnierzyk czarnej sukienki.
„Wciąż odkrywa, że konsekwencje nie są spiskiem”.