Po urodzeniu mój śmiech nie musiał już negocjować upokorzenia przed wyjściem.
Tego samego wieczoru poszedłem sam na cmentarz, gdzie pochowany był Henri Delorme.
Nie byłem tam od czasu rozprawy.
Ten człowiek miał wady, zbyt często okazywał słabość w obecności Patricii, winny tego, że nie powstrzymał skuteczniej tego, co widział rozwijające się we własnym domu. A jednak był jedynym, który mnie rozpoznał, nie czekając, aż świat to potwierdzi.
Stałem przy jego grobie, gdy światło gasło, a wiatr szeleścił drzewami.
„To koniec” – powiedziałem.
Czułem się trochę głupio, mówiąc na głos, ale żal rzadko kiedy jest elegancki.
„Żałuję, że nie zrobiłeś więcej, kiedy żyłeś” – dodałem po chwili. „Ale dziękuję, że coś zrobiłeś”.
Wiatr nadal wiał.
Żadnych objawień.
Żadnych oznak.
Tylko lekkie rozluźnienie w piersi.
Życie często bywa takie niegrzeczne. Rzuca wiatrem tam, gdzie spodziewałeś się starannie zaaranżowanego spektaklu.
Jesienią fundusze odzyskane z akt fundacji zostały przeniesione, pod nadzorem sądowym, na oddziały położnicze, które miały je od początku finansować. Konto rehabilitacyjne Mathieu zostało przywrócone i umieszczone w przejrzystej strukturze, do tego stopnia, że nawet moje własne podejrzenia nie doszukiwały się w nim niczego złego.
Moje stanowisko, dotąd dyskretne, zyskało rodzaj cichej sławy, która sprawia, że koledzy prostują się, wchodząc do pokoju, a przeciwnicy dwa razy się zastanawiają, zanim cokolwiek zrobią.
Alexandre napisał do mnie tylko raz.
Odręczny list, nie wiadomość.
W nim przeprosił, nie tłumacząc się, co było już prawie nie do poznania, jak na niego. Powiedział, że teraz w pełni współpracuje. Powiedział, że rozumie, że tchórzostwo staje się okrucieństwem w chwili, gdy wymaga, by ktoś inny wykrwawił się w jego miejsce.
Nie prosił mnie, żebym wrócił.
Być może w końcu zrozumiał, że niektóre mosty tak naprawdę nie płoną. Ujawniają jedynie, że nigdy nie były wystarczająco silne, by cokolwiek udźwignąć.
Złożyłem list i schowałem go do szuflady.
Nie na pamiątkę.
Na dowód.
Są rozdziały, których nie przechowujemy, bo pozostają cenne. Przechowujemy je, bo pewnego dnia może zajść potrzeba przypomnienia sobie, że przetrwaliśmy je, nie znając ich języka.
Nadeszła zima – sucha, pogodna, niemal blada.
Pewnego czwartkowego poranka, kilka miesięcy po policzku, korytarzu, czarnej todze i implozji, która nastąpiła po nim, stanąłem przed salą studentów prawa zaproszonych na wykład z etyki, trustów i anatomii ukrywania informacji finansowych.
Oczekiwali doktryny.
To im dałem.