Może po prostu wyrównanie.
Ciało zdające sobie sprawę, że nie musi się już kurczyć, żeby przetrwać w pomieszczeniu.
W korytarzu te same marmurowe ściany lśniły w świetle sali sądowej.
Ten sam korytarz, w którym Valérie uderzyła mnie niecałe dwie godziny wcześniej, należał teraz do agentów, techników i oszołomionych spojrzeń trzech kolegów udających, że nie widzą.
Patricię trzymano przy schodach, podczas gdy wyjaśniali konsekwencje zamrożenia aktywów.
Valérie poprowadzono w drugą stronę, wciąż protestując przeciwko „upokorzeniu”, jakie jej zadano.
Mogłoby to być zabawne, gdyby jej okrucieństwo nie było tak powtarzalne.
Alexandre dogonił mnie przed wyjściem.
„Camille”.
Zatrzymałam się, nie odwracając się od razu. Stary odruch łagodności nie znika z jednym gestem. Pozostawia po sobie echa.
Wzięłam oddech, a potem stanęłam z nim twarzą w twarz.
Wyglądał teraz na załamanego. Nie był elegancki. Nie robił wrażenia. Po prostu pusty, zmęczony, zbyt ludzki, by wciąż być atrakcyjnym.
„Muszę ci coś powiedzieć”.
„Miałaś lata”.
„Wiem”.
To była prawda.
Jego dłonie zwisały bezwładnie wzdłuż ciała jak dwa bezużyteczne przedmioty.
„Kochałem cię”.
Ludzie mówią to tak, jakby wręczali paragon. Jakby samo powiedzenie tego z opóźnieniem w jakiś sposób im na coś przysługiwało.
Spojrzałam na jego twarz i pomyślałam o jego najlepszej wersji. O tym, który robił mi kawę w naszym pierwszym mieszkaniu. O tym, który siedział ze mną na podłodze, kiedy wysiadł prąd i mówił mi, że nasze życie może pozostać proste i piękne.
Potem pomyślałam o tym drugim. Ten, który znikał kawałek po kawałku za każdym razem, gdy matka domagała się posłuszeństwa.
„Uwielbiałeś dostęp do mojego przebaczenia” – powiedziałam.
Zamknął oczy.
„Uwielbiałeś to, że zostałam”.
Jego ramiona opadły nieco bardziej.
„Może”.
„Nie” – odpowiedziałam. „Nie, może nie”.
Znów otworzył oczy. Były zaczerwienione, mokre, wyczerpane.
„Czy mogę coś zrobić?”