Patricia parsknęła suchym, kruchym śmiechem.
„Podoba ci się to wszystko”.
„Nie tak bardzo jak tobie na korytarzu” – odpowiedziałam.
Drzwi się otworzyły.
A osoba, która weszła, zmieniła całą powagę pomieszczenia.
To był Ernest Vautrin, były dyrektor finansowy struktur Delorme.
Pięćdziesiąt dziewięć lat.
Siwe włosy na skroniach.
Dyskretna prezencja.
Jeden z tych mężczyzn, o których bogaci zapominają, bo służą im zbyt dobrze.
Patricia traktowała go latami jak posłuszny mebel.
Alexander obdarzył go leniwym zaufaniem, jakim obdarzają go spadkobiercy systemów, których nie rozumieją.
Valérie ze swojej strony prawdopodobnie nigdy go tak naprawdę nie widziała.
Dzisiaj szedł z teczką tak grubą, że mogła zniszczyć kilka reputacji naraz.
Twarz Patricii zbladła.
„Ernest”.
Nie spojrzał na nią.
Złożył przysięgę, usiadł i spokojnie poprawił okulary.
Podszedłem.
„Panie Vautrin, jak długo był pan dyrektorem finansowym struktur Delorme?”
„Dwadzieścia dwa lata”.
„A dlaczego teraz współpracujesz?”
Odpowiedział bez wahania.
„Bo oszustwo stało się kradzieżą. Kradzież stała się przymusem”. A przymus
Przerodziło się to w okrucieństwo. Powinienem był odezwać się wcześniej.
Patricia uderzyła dłonią w stół.
„Ty niewdzięczna zdrajczyni”.
Szef agentów zrobił krok w jej stronę.
Usiadła z powrotem.
Ernest kontynuował. Opisał wewnętrzne zasady ukrywania pewnych wydatków, naciski, jakie Patricia wywierała, by ukryć nieprawidłowości, podpis Alexandre’a na przelewach, których rzekomo nie rozumiał, oraz to, jak Valérie wykorzystywała firmy-słupki do przyjmowania zdefraudowanych funduszy.
Potem dodał coś, co przypieczętowało ich los społeczny.
Przed śmiercią Henri Delorme poinstruował go, że jeśli sytuacja się pogorszy, powinien zwrócić się do mnie. Ponieważ, jak to ujął, byłem „jedyną osobą w tym domu, która wiedziała, co robić, nie pytając, ile to przyniesie”.
Alexandre spuścił głowę.
W tym momencie powinienem był czuć triumf. A przynajmniej tego wszyscy w pokoju zdawali się oczekiwać po mojej twarzy.
Ale to, co czułam, było cięższe.
Nie radość.