Płatność miesięczna przelana. Załączony zrzut ekranu.
Odpisałam:
Otrzymano.
Ani słowa więcej.
24 grudnia wróciłam do domu Élodie.
Osiedle mieniło się białymi girlandami i stonowanymi dekoracjami zamożnych ludzi, którzy chcą, aby ich majątek wyglądał elegancko, a nie ostentacyjnie. Fasada domu była rozświetlona delikatnym światłem. Drzwi zdobił naturalny wieniec. Latarnie stały wzdłuż podjazdu niczym z katalogu.
Stałam w samochodzie przez kilka sekund, z wyłączonym silnikiem, z rękami na kolanach.
Nie szukałam ich miłości.
Przyszłam po coś o wiele ważniejszego.
Prawdę.
Zadzwoniłam dzwonkiem.
Lucas otworzył drzwi.
Wydawał się mniejszy, niż pamiętałam. Może dlatego, że teraz wiedziałam, że nigdy nie był źródłem trucizny. Tylko echem.
„Dobry wieczór, ciociu Claire” – powiedział cicho.
„Dobry wieczór, Lucasie”.
Spuścił wzrok i odsunął się na bok, żeby mnie wpuścić.
W domu pachniało cynamonem, sosną i ciepłym ciastem francuskim. Gdzieś cicho grały kolędy. Z kuchni wyszła mama ze ściereczką w dłoni.
„Claire. Przyszłaś”.
A ja, ku własnemu zaskoczeniu, odpowiedziałam:
„Tak. Przyszłam”.
Na końcu korytarza mała Jeanne – trzyletnia, z pluszowym królikiem pod pachą – patrzyła na mnie jak na ranne zwierzę. Przykucnęłam.
„Wesołych Świąt, Jeanne”.
„Wesołych Świąt” – wyszeptała, zanim znów odbiegła.
Wtedy zobaczyłam Élodie w drzwiach jadalni.
Miała związane włosy. Prawie żadnego makijażu. Kremowy sweter, ciemne dżinsy. Nie jej zwykła zbroja. Po prostu kobieta, która za chwilę będzie musiała zrobić coś trudnego na oczach świadków.
„Claire” – powiedziała.
„Élodie”.
Wciągnęła powietrze.
„Dziękuję, że przyszłaś”.
„Wiedziałaś, że przyjdę. Masz jeden warunek do spełnienia”.
Na chwilę zamknęła oczy, a potem skinęła głową.
Kiedy weszłam do jadalni, rozmowy same ucichły.
Wszyscy tam byli.
Mój wujek Bernard z kieliszkiem.